Punktem wyjścia jest 50‑lecie pierwszego wydania Biblii Tysiąclecia – najpopularniejszego i „urzędowego” przekładu w polskim Kościele, używanego w liturgii. Rozmowa wraca do sympozjum w Tyńcu i pyta, co po pół wieku można powiedzieć o „Tysiąclatce”: czy wystarczy ją wciąż poprawiać, czy trzeba już zupełnie nowego tłumaczenia. W tle pojawiają się inne współczesne przekłady: Biblia Paulistów, Przekład Ekumeniczny i kolejne inicjatywy translatorskie, które próbują inaczej oddać biblijne przesłanie.
Majewski tłumaczy, dlaczego Biblia Tysiąclecia wciąż ma pozycję monopolisty: jest przekładem liturgicznym, a to nadaje jej wyjątkową rangę. Tekst używany w kulcie zaczyna „funkcjonować jak oryginał” – na Mszy Bóg mówi do nas po polsku, a większość wiernych nie myśli w ogóle o tym, że słyszy tłumaczenie. Zjawisko to nazywa „hiperkanonizacją” przekładu i porównuje np. do King James Bible u protestantów lub Biblii ostrogskiej u rosyjskich staroobrzędowców, które w praktyce bywały traktowane jak bardziej natchnione niż sam tekst oryginalny.
Rozmowa sięga wstecz do czasów Biblii ks. Jakuba Wujka, która przez prawie 400 lat była podstawową katolicką wersją Pisma. Majewski przypomina, że Wujek tłumaczył głównie z łacińskiej Wulgaty (czyli z przekładu, nie z oryginałów) i pisał piękną, ale XVI‑wieczną polszczyzną, którą współczesny czytelnik często rozumie źle lub wcale. Na tym tle decyzje twórców Biblii Tysiąclecia – tłumaczyć bezpośrednio z hebrajskiego, aramejskiego i greki oraz na współczesny język – jawią się jako odważny, konieczny krok, by zbliżyć się do intencji autorów natchnionych.
Dalej pada pytanie: czy Biblia Paulistów jest „doskonalsza” od Tysiąclatki. Majewski wskazuje jej atuty: korzystanie z nowszych badań historycznych i teologicznych, szersze komentarze oraz zastosowanie tzw. tłumaczenia dynamicznego (ekwiwalentnego), które nie idzie ślepo za każdym słowem, lecz stara się oddać sens, zwłaszcza w idiomach. Zaznacza, że Biblia Tysiąclecia – z wielkiego szacunku do tekstu – bywa zbyt dosłowna, co prowadzi do dziwności językowych i nieporozumień znaczeniowych, których przeciętny czytelnik nie zauważa, ale hebraista już tak.
W fascynującej części rozmowy Majewski pokazuje na konkretnych przykładach, jak jedno słowo może zmienić sens całego wersetu: „Proście, a przyjmiecie” zamiast utrwalonego „otrzymacie”; „miłość nie liczy złego”, a nie „nie pamięta”; „drobinka, paproch” zamiast „drzazgi w oku”. Tłumaczenia literalne idiomów czy obrazów mogą wprowadzać do tekstu dramatyzm, którego nie ma w oryginale, i przesuwać akcenty teologiczne. Rozmówca zwraca też uwagę na pozornie „techniczną” kwestię ortografii: czy „duch” w listach Pawła ma być pisany małą, czy wielką literą – to od razu zmienia odczytanie: chodzi o ducha ludzkiego czy Ducha Świętego.
Pada ważne zdanie: „tłumacz to… zdrajca” – każde tłumaczenie z konieczności coś zniekształca, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty starożytne z innej kultury. Dlatego Majewski radzi, by – jeśli nie znamy języków oryginalnych – porównywać różne przekłady i pozwolić im „rozświetlać się nawzajem”, zamiast absolutyzować jeden. To także ostrzeżenie przed nadużyciami: zbyt pewne powoływanie się na pojedynczy, konkretny przekład Biblii, by usprawiedliwić własne poglądy czy zachowania, może być groźne duchowo i intelektualnie.
Na końcu rozmowy pojawia się bardzo praktyczny wątek: jak w ogóle czytać Biblię i się nią modlić. Majewski – jako naukowiec świadom pokusy „utonięcia w filologii” – podkreśla, że sam musi czasem odłożyć słowniki i podejść do Pisma po prostu jak słuchacz Słowa. Zachęca, by choć raz w życiu przeczytać całą Biblię, najlepiej księga po księdze, zaczynając od tych, które nas najbardziej interesują, by „poczuć język i klimat” i pozwolić, by Pismo tłumaczyło samo siebie.
Proponuje też prostą metodę modlitwy inspirowaną tradycją ignacjańską: czytać krótkie opowiadanie, zatrzymać się tam, gdzie coś szczególnie poruszy, zdziwi lub zaciekawi, i wejść z tym fragmentem w dialog – nie biegnąc dalej, lecz pozwalając, by tekst był lustrem dla sumienia, pragnień i lęków. W ten sposób, mówi Majewski, „odczytujemy w sobie Boże DNA” – odkrywamy, jak bardzo Słowo jest wpisane w naszą najgłębszą tożsamość.
Z lektury tego krótkiego tekstu można wynieść:
Wywiad ma formę przystępnej rozmowy, a jednocześnie otwiera oczy na to, jak bardzo każde słowo w Biblii jest wynikiem decyzji tłumacza – i jak ważne jest, by nie zatrzymać się na jednej wersji, lecz przez Pismo dojść do samego Słowa.
© 2026 Marcin Majewski. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Pytanie o imię Boga jest kluczowym pytaniem. Stąd nic dziwnego, że rozwinęło się wiele tradycji poszukiwania imion...
Apostołowie reagują tak, jakby zupełnie nie słyszeli zapowiedzi Jezusa o Jego zmartwychwstaniu? Dlaczego?...
Dla nas to najbardziej chrześcijańska z modlitw. Tymczasem Ojcze nasz jest modlitwą na wskroś żydowską. Na ...
Pierwsze zdanie Biblii ma zaledwie siedem słów. Mimo to zawiera ogromny ładunek teologicznych treści....
Ewangelie dzieciństwa u Mateusza i Łukasza różnią się co do wielu kwestii - jak to wyjaśnić?...
Obraz JHWH, jaki wyłania się z kart Biblii, różni się od definicji znanych z katechezy czy wykładów teologii....
W Tel Moca - 6 km od centrum Jerozolimy - archeolodzy odkryli świątynię. Co to nam mówi o kulcie w czasach króla Sa...
Rodzina na starożytnym Wschodzie zbudowana była na modelu patriarchalnym. Biblia oddaje to nad wyraz dosadnie....
Aby uzyskać dostęp:
Podaj swój adres e-mail
Wyraź zgodę na kontakt w ramach mojej listy mailingowej
Co zyskasz po zapisie?
Dostęp do niepublikowanych materiałów studyjnych
Informacje o nowych inicjatywach: spotkaniach, wykładach, wycieczkach tematycznych i projektach specjalnych
Starannie przygotowane treści wysyłane tylko wtedy, gdy mam coś naprawdę wartościowego do przekazania
Dbam o Twój komfort:
Zawsze możesz wypisać się z listy mailingowej jednym kliknięciem
Nie wysyłam spamu ani regularnych newsletterów, moje wiadomości są przemyślane i bardzo konkretne
Dołączając, jesteś w gronie osób, które jako pierwsze otrzymują dostęp do ekskluzywnych treści i newsów.